Mądrzy spin doktorzy mawiają, że wyborów nie wygrywa się drogami. Według nich skuteczność samorządu można zmierzyć popularnością w mediach społecznościowych. Nie w Nowym Sączu. Tu władzę zdobywa się drogą i chodnikiem. A raczej obietnicami dróg i chodników, z których władza się nie wywiązuje.

Zapewne, wśród roczników „milenijnych”, które za chwilę niezbyt licznie pojawią się przy urnach wyborczych, przekaz na facebooku i twitterze jest ważny. Problem w tym, że Nowy Sącz, ze względu na swoją specyfikę, owe roczniki straci. Oprócz młodych ludzi, których nie stać na studia w większych miastach, większość absolwentów sądeckich liceów, ucieknie w kierunku Krakowa, Warszawy, Wrocławia i innych ośrodków akademickich. Co więcej, większość z nich będzie się rękami i nogami bronić przed powrotem. Nie, nie powrócą jako specjaliści.

Powód – Nowy Sącz jest kiepskim miejscem do życia. Takimi Siedlcami, tyle że na południu.

Izolacja komunikacyjna, fatalny stan powietrza, zdewastowana przestrzeń miejska, niskie zarobki – to główne grzechy miasta.

Kto decyduje o mieście? Teoretycznie jego mieszkańcy. Ci prowadzący firmy, pracujący w supermarketach na kasie, płacący podatki i stojący w korkach. Ich dzieci, które wyjechały w poszukiwaniu pieniędzy lub edukacji, już tu nie wrócą. Nawet jeśli, to dopiero wtedy kiedy miasto będzie sensownym miejscem do osiedlenia się.

Problemem Nowego Sącza jest brak konsekwencji, zarówno władz samorządowych, jak i samych mieszkańców. Brak konsekwencji w rozwoju. Minimum raz w roku, słyszymy o kolejnej wielkiej inwestycji drogowej, rekreacyjnej, kulturalnej, która odmieni oblicze Sądecczyzny. Niestety nikt nie rozlicza obietnic. Doskonałym przykładem jest budowa tzw. Węgierskiej Bis. Według danych Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, z 2015 roku, natężenie ruchu na tym odcinku wyniosło ponad 23 tys. samochodów dziennie. Nie są to turyści, którzy lubią postać w korkach, w drodze do wód. Ruch generują ludzie dojeżdżający do pracy i szkoły.

Od 2011 roku słyszymy, jak to budowa alternatywnej trasy na południe jest priorytetem władz Nowego Sącza i ościennych gmin. Po 5 latach snucia opowieści o tej kluczowej dla Sądecczyzny inwestycji, usłyszeliśmy, że sytuacja jest dynamiczna i budowa tej kosztownej drogi jest nieuzasadniona. „Nie mamy Pana drogi i co mi Pan zrobisz!”.

Co ważniejsze, nie mamy też koncepcji na usprawnienie ruchu (w grę wchodzi chyba jedynie kolejka podmiejska). Trudno też wybrnąć z kolejnej priorytetowej inwestycji (przebudowa ledwo stojącego mostu helleńskiego), która zablokuje ruch w mieście. W idealnym świecie pierwszeństwo miałyby plany usprawnienia transportu zbiorowego w czasie kryzysu. W naszym odtrąbiono pozyskanie milionów z Ministerstwa Rozwoju.

Przejechanie paru kilometrów Węgierską, w godzinach szczytu, zajmuje około godziny, czasem więcej. Zatem następnym razem, gdy będziecie mieć trochę czasu, stojąc w korkach na Węgierskiej i w przyszłości na Tarnowskiej, pomyślcie co można zrobić, żeby dało się w tym mieście żyć. Owszem, nie da się tu zbudować piramid, czy nowej drogi. Zwyczajnie nie ma na to pieniędzy. Ale można obserwować samorządowców, którzy wznoszenie tych piramid obiecywali. I wystawić im, w stosownym czasie, ocenę za rzetelne i efektywne zrealizowanie obietnic.

Zdjęcie: Marcin Zoń ArtisticVision